Blog muzyczny
Blog > Komentarze do wpisu

Bonobo - "Black Sands"



Wyszedłem trochę z wprawy – być może pióro ent stalówka uległy korozji, a palce mniej sprawne – kit z tym, rozgrzewky dostarczy mi Simon Green.

 

Bo to o nowej płycie Bonobo chciałbym coś Wam drodzy słuchacze, naskrobać przy tablicy. Przy okazji, wielkie 5, dla pewnego płockiego proroka, który przepowiedział powstanie tego tekstu. Miejmy nadzieję, że wszystkie plany wypalą i niedługo będę mógł gościa osobiście namierzyć. Płockowo-City – będę tam - yo. Jeszcze się napijemy – wierzę.

 

„Black Sands” to płyta która jest czystym pięknem – umówmy się – opłacało się czekać.

Przy okazji singla („De Kiper” - przypomina redakcja) skrobałem, że możemy się spodziewać… zaraz jak ja to nazwałem? Aha – spodziewać się możemy „soczystego, loungowego krążka” – tak właśnie napisałem.

 

Nie żebym sam sobie dupkę głaskał w auto-pochwalnych konwulsjach, ale trochę miałem racji.

Bo-no-bo jakby się zastanowić, to w zasadzie mamy płytę pełną gracji, takiej jakiejś „szlachetności” bym powiedział.

 

Gdyby pan Wiesław z Media Marktu musiał gdzieś „Black Sands” umieścić, pewnie byłaby to półka z napisem „Chillout/Lounge” – ale jest pewno „ale” (i to nawet nie jedno…)

Mianowicie:

 

1. Wszyscy wiemy, że w Media nie ma aż tak uporządkowanych gatunkowo działów – „Black Sands” poszłoby do „muzyki elektronicznej” – tuż obok nowych płyt Thievery Corporation, Quantic Soul Orchestra, czy Air. I możliwe, że słusznie byłoby to otagowane jako elektronika – Green umiejętnie, acz subtelnie i nienachalnie,, dozuje nam sztucznie generowane dźwięki – np. takie industrialne (z początku) „1009”, albo chociażby prze/-/bangerowa „Kiara”, z soczystym parkietowym bitem, który zmusza Panie do meldunków na parkiecie. Drugi singiel z płyty czyli „Eyesdown” z udziałem Andreyi Triany, zdradza Green’owskie fascynacje 2stepowe – oj Bevana i MJ Cole’a się nasłuchaliśmy, oj tak!

Są też sympatyczne Dillowskie, pierdzące basy, które tak polubiłem po „Days to Come” – wprawdzie nie są aż tak „chamskie” i surowe jak u Yancey’a, ale słychać, czuć ten trop co do inspiracji.

 

2. Nie do końca jest to płyta przy której można się wyłącznie relaksować – bo czy przy numerach takich jak wspomniana wcześniej „Kiara” czy „We Could Forever” (skąd taka soczysta gitara???!!! Dobry Boże!) nie chcielibyście ruszyć w tango? Wiem, wiem - to za mało, żeby nazwać krążek „tanecznym” ale i tak odbiega to od formuły której mogliśmy się po „pracowitej Małpce” (określenie by trener66 – pozdro!) spodziewać.

I dlatego już poczynam pokładać wielkie uczucie w tym krążku – i do tańca i do różańca – po singlowym „Keeperze” krążek zwalnia tempo – staje się bardziej stonowany - trąbki i gitary koją, budują atmosferę – nad całością rozpościera się przepiękne „Stay the Same” (kolejny dowód talentu A.T) – numer o cudownej melodyce, z po prostu na przekór systemowi położona stopą (props Szymonie – ja bym się bał!) – tak, ten kawałek towarzyszył mi w ostatnim czasie - czasie bez pisania, posuchy na blogu i mentalnego zastoya. Warto tez odnotować nastrojowe, tytułowe zamknięcie płyty – utwór „Black Sands” świetnie sprawdza się jako „uspokajacz” po tej WYBITNEJ, muzycznej uczcie serwowanej przez Zielonego.

 

Reasumując – mamy mocnego kandydata do „Płyty Roku” - Bonobo apgrejdował ideę i brzmienie z „Days to Come”, dokooperował do ekipy świetną wokalistkę (nic nie ujmując oczywiście genialnej Bajce) i stworzył krążek cudowny, świeży i piękny – jak to prosto brzmi, a jak ciężko tego dokonać – błagam oby więcej tak i częściej. Błagam.

 

piątek, 09 kwietnia 2010, szulc888
Tagi: bonobo

Komentarze
2010/04/09 13:01:50
Nie mogę się doczekać kiedy położę swoje brudne łapki na tym krążku ;-))) Serdeczne pozdrowienia!
-
2011/01/23 20:57:06
Ostatnio odkryłem Bonobo, tę płytę także i propsuję recenzję. Zgadzam się w pełni. Mimo że nie wiem, kim jest MJ Cole i Bevan.