Blog muzyczny
poniedziałek, 25 sierpnia 2014
środa, 06 kwietnia 2011


No właśnie - co musiało się stać, abym cokolwiek napisał...

Muzyka, muzyka i jeszcze raz muzyka - to były ciężkie 3 (4?) miesiące, dlaczego - nie powinno Was to interesować, a ja nie powinienem o tym pisać, kij mi w czoło za to.

Gdy człowiek, który tworzy muzykę życia (pewnie nie tylko dla mnie) - wydaje choćby singlowe (pojedyncze) tracki to słucham tego jak natchniony - "remiksy" (Jamie Woon!!!! - czekamy na "Moonwriting"! - oraz "Where Is Home?") "kolaboracje" ("Moth/Wolf Club" z Hebdenem - oraz Ego/Mirror + Thom Yorke [nie chce mi się drugi raz pisać nazwiska Hebdena - no kurwa popatrz napisałem - czlowiek-skurwiel ze mnie]) oraz "pełnoprawne tracki" ("Prophecy" - tu miałem lekkie wątpliwości...., "Fostercare" - tu już ich nie miałem).

William Bevan - na swojej nowej 3-trackowej epce, stworzył coś, co w te cięższe dni przygrywa mi nieustannie, teraz, właśnie teraz, gdy leżę jeszcze w łóżku, szukam sensu tego wszystkiego i kombinuję jak zacząć walkę z pracą licencjacką (która tak btw, ma dotyczyć gustu muzycznego - tutaj w tym wpisie macie jego mały fragment jeśli chodzi o moją osobę).

Nostalgia i smutek, wzruszenie? Taniec? To właśnie przychodzi do głowy jako pierwsze. I słusznie, jeśli tak to czujesz dziewczynko, czy też młodzieńcze lubujący się w NET ("Niestandardowe Elektroniczne Tune'y") - wszystko to podszyte iście house'ową rytmiką - odejście od 2stepu jak widać-słychać wygląda jak soczysty brzmieniowo, kro do przodu.

Miło mi pisać o takich albumach, a jednocześnie smutno - będę się bowiem długo raczył takimi epkami, a jednocześnie maltretował umęczoną duszę i umysł...
A przecież czasem zaświeci w Olsztynie i w życiu słońce - choć ostatnio jest go zdecydowanie za mało.

niedziela, 02 stycznia 2011

Prawdopodobnie większość powie, że to ostatnia, prawdziwa płyta Korn’a. Być może…

Dla mnie szczególna, przywołująca sporo momentów i osób z przeszłości, choć może nie album sam w sobie, a zespół, który towarzyszył mi za gówniarza, a konkretnie, w gimnazjum – dziwny okres, wtedy też kumpel, podczas wizyty w olsztyńskiej bibliotece multimedialnej, wcisnął mi do ręki ‘Skandal’ i ‘We własnej osobie’ – wtedy słuchało się jeszcze Hemp Gru, ‘Klucz’ to był niemal obowiązek do recytacji.

 

Korn.

 

Mój błąd – w poznawaniu dyskografii poszczególnych kapel/projektów, chronologia to jednak czysta abstrakcja. Znałem już ‘Issues’ kiedy na urodzinach Miśka (Messa! Czekam na nagrywki!) ja i Józeff, byliśmy jedynymi „ludźmi z kapturem” na melanżu (i o dziwo z każdym szło się dogadać) i ktoś puścił pierwszego Korn’a – „wicked sound” jakby to powiedział Glaca ze Sweet Noise.

„Issues” dostałem od starszego brata mojego najlepszego zioma, true story – album męczyłem (jak na mnie) dość długo.

Tyle bólu, frustracji, apatii wylewanej w muzykę… - są mocniejsze kapele, z większym pierdolnięciem, bardziej abstrakcyjnym i dołującym przekazem itd. Ale Davis przeżył tyle, że jakoś wierzę w ten album – molestowanie, praca w kostnicy – kurwa, czy New romantic i Duran Duran, może posłużyć do stworzenia czegoś tak brudnego i przygnębiającego?

Najwyraźniej mogło, bo „Issues” mimo, że melodyjne, przemyślane i dojrzałe, towarzyszy mi właśnie wtedy, gdy szukam ukojenia w muzyce, gdy szukam, czegoś mimo wszystko dzikiego – taki wentyl bezpieczeństwa – podczas słuchania, też można się wyładować i to solidnie…

„Make me Bad” prawdopodobnie będzie mi grało w mózgu, gdy skończę w mało satysfakcjonującej pracy, przy dobrych wiatrach w własnym mieszkaniem, a płyt swoich nie sprzedam nawet gdybym miał głodować. Wtedy właśnie wrzucę to na głośnik. Oczywiście życzę sobie i Wam, żeby było inaczej, żeby było dobrze. Kurwa. Słuchajcie Korn’a.

 

„Wake the fuck up!
Each day, more frightening
All of us wanna die
The pressure's tightening
I don't even want to try
Should I take all the stupid bullshit
What makes them think they can get away with it?
Im not happy
I wish they'd just...
Wake the fuck up!
I can take no more
What are we fighting for?
You are my brothers
Each one I would die for
Please just let it go
All our heads are blown
Let's just take the stage
And remember why we play for
No more fighting!
I swear I'm gonna leave
Talking shit to spite me
I wish they'd just..
Wake the fuck up!
I can take no more
What are we fighting for?
You are my brothers
Each one I would die for
Please just let it go
All our heads are blown
Let's just take the stage
And remember why we play for
Remember why we play for”

 

            - Korn, “Wake Up!”, z albumu “Issues”, 16 listopada 1999

piątek, 10 grudnia 2010


„Bycie nudnym” w muzyce może mieć dwojaki wydźwięk.

 

Albo pozytywny – ten wpis. Ale o tym za chwilę.

Albo negatywny (klikaj suko)

 

Na szczęście 1-sza opcja tyczy się ferajny Jay Kaya.

Jamiroquai są dla współczesnego funku (czy też około-funkowej orbity – to samo się zwykło mówić o Quanticu), tym samym co Thievery Corporation dla współczesnej, szeroko pojętej, „muzyki kanapowej” (haahahahahahahahahahahahahahaahah – dobra, spokój już).

Nowy krążek polecił mi zaufany człowiek z radia (Domino – Twoje zdrowie!) – a ja jako leń typowy, śmierdzący i ociekający funkową flejwą zdecydowanie zbyt rzadko, sam nie wpadłem na to, żeby to skumać, obczaić.

Kay + ekipa, nie nagrali słabej płyty – na początku pisałem o „nudności” – są nudni, dlatego, że nie dają szans ‘krytyce’ – nie dają, nie odsłaniają słabych punktów – od lat – „na zawsze dobra marka” – bo np. „Cosmic Girl” czy „Virtual Insanity” – zna Twoja babcia, matka i sekretarka.

A nowy krążek warto postawić obok reszty perełek zespołu – np. „She’s a Fast Persuader” to czysty kosmos, którego syntezatorowego tła nie powstydziliby się Sa-Ra, „White Knuckle Ride” rozgrzeje każdy parkiet, a „Goodbye To my Dancer” to funkowa ballada, z klipem (nie wiem czy istnieje, tak ja sobie to wyobrażam) w oparach srebrnego dymu, kobiet i Heinekena – leniwo, iście „sobotnie”. Tak.

Kay to frontman z prawdziwego zdarzenia – z predyspozycjami, by duchowo być adoptowanym przez Curtisa Mayfielda i Roy’a Ayersa (teraz leci „Never Gonna Be Another” – zaraz padnę ze piękności, która słyszę….) – choć z drugiej strony działa zasada ‘all eyes on me’ – więc Kay to albo cholernie mocny od strony psychicznej albo po prostu ma dobrego terapeutę – w końcu 25 milionów sprzedanych płyt to dość przytłaczająca masa (właśnie leci jamajska wstawka w „Hey Floyd” – chyba znowu zwariuję!). Także jest to świetna pozycja na zime za oknem, że takim banałem pozwolę sobie zakończyć. Czysty funk, za 15 lat bo będzie sampling.

 

p.s Drogie Panie – to co teraz napisze, nie wynika z zazdrości, ale z czystego muzycznego racjonalizmu – bardzo bym chciał, żebyście zamiast wzdychać do Kamila Bednarka (bo śpiewa zajebiście, ale go lubię bo był w TV – don’t you beeeee-yatch?!?!?!!?!?) – miały w telefonie, na ścianach, tapetach, piórnikach i Kontach na Fejsbuku – Jay Kaya – BŁAGAM!

I nie żartuję – zacytuję Bustę – „I’m DEAD-FUCKING SERIOUS!!!”. Amen.

czwartek, 04 listopada 2010

Dziś w przypływie nudy i chlapy ogólno-systemowo-olsztyńskiej, natrafiłem na dwa elektryzujące newsy - najpierw była to wiadomość prosto od Popkillera - POE - Projekt Ostry-Emade - wracają, "Złodzieje Zapalniczek" - to tytuł nowej płyty, egotripowo, nie każdy lubi itd. Ostry się sprzedał (jeszcze bardziej itd.) - nie no sprawdzę, cieszę się. Bardzo. Poniżej wywiad. Adam to musi być sympatyczny koleżka.

To po pierwsze primo....

Zaś po drugie...

To jest okładka nowego albumu Kixnare'a - "Digital garden"

I nie ma, że ściągnę, że nie jaram się czy coś - weź się ogarnij jeden z drugim, masz zajaraj się.