|
Blog muzyczny
sobota, 28 maja 2011
środa, 06 kwietnia 2011
![]() No właśnie - co musiało się stać, abym cokolwiek napisał... Muzyka, muzyka i jeszcze raz muzyka - to były ciężkie 3 (4?) miesiące, dlaczego - nie powinno Was to interesować, a ja nie powinienem o tym pisać, kij mi w czoło za to. Gdy człowiek, który tworzy muzykę życia (pewnie nie tylko dla mnie) - wydaje choćby singlowe (pojedyncze) tracki to słucham tego jak natchniony - "remiksy" (Jamie Woon!!!! - czekamy na "Moonwriting"! - oraz "Where Is Home?") "kolaboracje" ("Moth/Wolf Club" z Hebdenem - oraz Ego/Mirror + Thom Yorke [nie chce mi się drugi raz pisać nazwiska Hebdena - no kurwa popatrz napisałem - czlowiek-skurwiel ze mnie]) oraz "pełnoprawne tracki" ("Prophecy" - tu miałem lekkie wątpliwości...., "Fostercare" - tu już ich nie miałem). William Bevan - na swojej nowej 3-trackowej epce, stworzył coś, co w te cięższe dni przygrywa mi nieustannie, teraz, właśnie teraz, gdy leżę jeszcze w łóżku, szukam sensu tego wszystkiego i kombinuję jak zacząć walkę z pracą licencjacką (która tak btw, ma dotyczyć gustu muzycznego - tutaj w tym wpisie macie jego mały fragment jeśli chodzi o moją osobę). Nostalgia i smutek, wzruszenie? Taniec? To właśnie przychodzi do głowy jako pierwsze. I słusznie, jeśli tak to czujesz dziewczynko, czy też młodzieńcze lubujący się w NET ("Niestandardowe Elektroniczne Tune'y") - wszystko to podszyte iście house'ową rytmiką - odejście od 2stepu jak widać-słychać wygląda jak soczysty brzmieniowo, kro do przodu. Miło mi pisać o takich albumach, a jednocześnie smutno - będę się bowiem długo raczył takimi epkami, a jednocześnie maltretował umęczoną duszę i umysł... A przecież czasem zaświeci w Olsztynie i w życiu słońce - choć ostatnio jest go zdecydowanie za mało.
niedziela, 02 stycznia 2011
Prawdopodobnie większość powie, że to ostatnia, prawdziwa płyta Korn’a. Być może… Dla mnie szczególna, przywołująca sporo momentów i osób z przeszłości, choć może nie album sam w sobie, a zespół, który towarzyszył mi za gówniarza, a konkretnie, w gimnazjum – dziwny okres, wtedy też kumpel, podczas wizyty w olsztyńskiej bibliotece multimedialnej, wcisnął mi do ręki ‘Skandal’ i ‘We własnej osobie’ – wtedy słuchało się jeszcze Hemp Gru, ‘Klucz’ to był niemal obowiązek do recytacji.
Korn.
Mój błąd – w poznawaniu dyskografii poszczególnych kapel/projektów, chronologia to jednak czysta abstrakcja. Znałem już ‘Issues’ kiedy na urodzinach Miśka (Messa! Czekam na nagrywki!) ja i Józeff, byliśmy jedynymi „ludźmi z kapturem” na melanżu (i o dziwo z każdym szło się dogadać) i ktoś puścił pierwszego Korn’a – „wicked sound” jakby to powiedział Glaca ze Sweet Noise. „Issues” dostałem od starszego brata mojego najlepszego zioma, true story – album męczyłem (jak na mnie) dość długo. Tyle bólu, frustracji, apatii wylewanej w muzykę… - są mocniejsze kapele, z większym pierdolnięciem, bardziej abstrakcyjnym i dołującym przekazem itd. Ale Davis przeżył tyle, że jakoś wierzę w ten album – molestowanie, praca w kostnicy – kurwa, czy New romantic i Duran Duran, może posłużyć do stworzenia czegoś tak brudnego i przygnębiającego? Najwyraźniej mogło, bo „Issues” mimo, że melodyjne, przemyślane i dojrzałe, towarzyszy mi właśnie wtedy, gdy szukam ukojenia w muzyce, gdy szukam, czegoś mimo wszystko dzikiego – taki wentyl bezpieczeństwa – podczas słuchania, też można się wyładować i to solidnie… „Make me Bad” prawdopodobnie będzie mi grało w mózgu, gdy skończę w mało satysfakcjonującej pracy, przy dobrych wiatrach w własnym mieszkaniem, a płyt swoich nie sprzedam nawet gdybym miał głodować. Wtedy właśnie wrzucę to na głośnik. Oczywiście życzę sobie i Wam, żeby było inaczej, żeby było dobrze. Kurwa. Słuchajcie Korn’a.
„Wake the fuck up!
- Korn, “Wake Up!”, z albumu “Issues”, 16 listopada 1999
piątek, 10 grudnia 2010
„Bycie nudnym” w muzyce może mieć dwojaki wydźwięk.
Albo pozytywny – ten wpis. Ale o tym za chwilę. Albo negatywny (klikaj suko)
Na szczęście 1-sza opcja tyczy się ferajny Jay Kaya. Jamiroquai są dla współczesnego funku (czy też około-funkowej orbity – to samo się zwykło mówić o Quanticu), tym samym co Thievery Corporation dla współczesnej, szeroko pojętej, „muzyki kanapowej” (haahahahahahahahahahahahahahaahah – dobra, spokój już). Nowy krążek polecił mi zaufany człowiek z radia (Domino – Twoje zdrowie!) – a ja jako leń typowy, śmierdzący i ociekający funkową flejwą zdecydowanie zbyt rzadko, sam nie wpadłem na to, żeby to skumać, obczaić. Kay + ekipa, nie nagrali słabej płyty – na początku pisałem o „nudności” – są nudni, dlatego, że nie dają szans ‘krytyce’ – nie dają, nie odsłaniają słabych punktów – od lat – „na zawsze dobra marka” – bo np. „Cosmic Girl” czy „Virtual Insanity” – zna Twoja babcia, matka i sekretarka. A nowy krążek warto postawić obok reszty perełek zespołu – np. „She’s a Fast Persuader” to czysty kosmos, którego syntezatorowego tła nie powstydziliby się Sa-Ra, „White Knuckle Ride” rozgrzeje każdy parkiet, a „Goodbye To my Dancer” to funkowa ballada, z klipem (nie wiem czy istnieje, tak ja sobie to wyobrażam) w oparach srebrnego dymu, kobiet i Heinekena – leniwo, iście „sobotnie”. Tak. Kay to frontman z prawdziwego zdarzenia – z predyspozycjami, by duchowo być adoptowanym przez Curtisa Mayfielda i Roy’a Ayersa (teraz leci „Never Gonna Be Another” – zaraz padnę ze piękności, która słyszę….) – choć z drugiej strony działa zasada ‘all eyes on me’ – więc Kay to albo cholernie mocny od strony psychicznej albo po prostu ma dobrego terapeutę – w końcu 25 milionów sprzedanych płyt to dość przytłaczająca masa (właśnie leci jamajska wstawka w „Hey Floyd” – chyba znowu zwariuję!). Także jest to świetna pozycja na zime za oknem, że takim banałem pozwolę sobie zakończyć. Czysty funk, za 15 lat bo będzie sampling.
p.s Drogie Panie – to co teraz napisze, nie wynika z zazdrości, ale z czystego muzycznego racjonalizmu – bardzo bym chciał, żebyście zamiast wzdychać do Kamila Bednarka (bo śpiewa zajebiście, ale go lubię bo był w TV – don’t you beeeee-yatch?!?!?!!?!?) – miały w telefonie, na ścianach, tapetach, piórnikach i Kontach na Fejsbuku – Jay Kaya – BŁAGAM! I nie żartuję – zacytuję Bustę – „I’m DEAD-FUCKING SERIOUS!!!”. Amen.
czwartek, 04 listopada 2010
Dziś w przypływie nudy i chlapy ogólno-systemowo-olsztyńskiej, natrafiłem na dwa elektryzujące newsy - najpierw była to wiadomość prosto od Popkillera - POE - Projekt Ostry-Emade - wracają, "Złodzieje Zapalniczek" - to tytuł nowej płyty, egotripowo, nie każdy lubi itd. Ostry się sprzedał (jeszcze bardziej itd.) - nie no sprawdzę, cieszę się. Bardzo. Poniżej wywiad. Adam to musi być sympatyczny koleżka. To po pierwsze primo.... Zaś po drugie...
To jest okładka nowego albumu Kixnare'a - "Digital garden" I nie ma, że ściągnę, że nie jaram się czy coś - weź się ogarnij jeden z drugim, masz zajaraj się. No, a tak poza tym, to jak mnie najdzie ochota, to skrobnę co czułem słuchając Magnetic Mana (w tę niedzielę, odsluchamy sobie cały album w Audioterapii), Glitch Mob, Pariaha oraz James'a Blake'a. Nom, true - wracam do ATCQ. Enjoy.
sobota, 23 października 2010
Ano widzicie, taki trochę przekręt-paradoks, bo wklejam kawałek mega-taneczny nowobitowy i świeży, słuchając w tym czasie drugiego Portishead, ale numer miecie, i podczas gdy zachwycam się tune'ami Jamesa Blake'a i Pariaha, to czuje, że to fajne dopełnienie - zmysł quasi-dj'ski znowu daje o sobie znać (przyrzekam że w końcu cos z tym zrobię).
środa, 20 października 2010
(tak tak, to gość od słynnego programu z polskiej MTV, "od Zipa do Gentelmana" - czad) Dawno nie było wpisu typowo newsowego, więc trzeba to zmienić, tak jakoś naszło mnie, cudownie. Btw. Donotan - świetny bit - pachnie mi tu rzeczami a'la Spacek... a Wam? Anyhu. Kolejną nowością jest singiel Jamesa Blake'a. Niechodzi bynajmniej o słynnego tenisistę, a o młodego szczawika (mój rówieśnik - auto-pojazd zawsze spoko), który mocno się rozhajpował w sieci, Pitchfork uznał go za jednego z najbardziej obiecujących producentów odkrytych w tym roku, prosze ja Was. Człowiek to połączenie Jamiego Lidell'a i RJD2 który na "Third Hand" pragnął pobawić się w nabuszonego muzyka, choć u Blake'a to wyszło na dobre - polecam sprawdzić Ep'kę "CMYK", wydaną w R&S Records (wydaje tam również inne świeże odkrycie tego-tego-TEGO-roczne, czyli rozhajpowany Pariah), a potem sięgnijcie do tego numeru... Soul, z nowoczesnym zacięcie ma się dobrze jak słychać - czekam na więcej. Kolejną sprawą, jest nowy singiel Buriala - Pan-Niby-Wielki-Anonim-Do-Czasu-Kiedy-Zaczęły-Go-Wnerwiać-Spekulacje-Że-Jest-Wcieleniem-Richarda D. Jamesa, numer nazywa się "Prophecy" i sam nie wiem co o nim myśleć - być może poleci w niedzielę. HM . Ten zdronowany bas... Hmmmmmmmmmm - no właśnie. Na ostatnią nowość trafiłem na FB Shafiqa Husayna (ha! jesteśmy ziomami!). Numer brzmi jak Sa-Ra, bo tam Sa-ra w tym jest właśnie ;P - czyli jest kosmiczny funk! Dodatkowo w tle mamy Kani Łesta, i Trzytysięcznego Andrzeja, więc jakoś to płynie - a bit? Cudo! Poza tym, sympatycznie się panowi wygłupiają - ej serio popsułem ostatnie wejście, trudno - mój blog, czytajcie to, słuchajcie Audioterapii, a wracam do słuchania Deltrona, Eldoki (jutro koncert, a ja wciąż nie wiem czy pójde czy nie), Faithlessów, Phonte & Nicolaya, oraz Shed'a. Trzymajcie się. Enojy.
sobota, 09 października 2010
![]() Tak, słucham jungli. Cieszę się z tych, którzy skumali tytuł - nawiasem, mały jest takich krążków - zakurzonych, naprawdę hipnotycznych, wspaniałych. Pierwsze The Prodigy, Pierwszy Goldie, MJ Cole (Sincere!) - tak, tego mi teraz brakuje, aż chcę się wracać to tych tracków. Hmmm co u mnie? Ano jakoś leci choć bywało lepiej - batalia z lokalnym uniwersytetem prawie dobiega końca, powiedzmy, że nadchodzący tydzień będzie decydujący. Yep. Szkoda, że niektórzy mieli mniej szczęścia niż ja i niestety ich portfele na tym sporo ucierpią. Ja jakoś zawsze lądowałem na 4 łapy, zobaczymy ile jeszcze da radę tak wytrzymać... Co poza tym? Życie prywatnego w zasadzie nie posiadam, (bo wspólne nasiadówki alkoholowe dawno przestały się do niego zaliczać, uniwerek i moje studia to śmiech na całą gębę, a radio staje się coraz to większym wyzwaniem - tak właśnie, jak to mawia mój tato (cholernie mądry człowiek) - "jak coś robisz, to rób to dobrze, albo nie rób wcale" - racja! Więc (radiowiec, kurwa, zaczyna zdanie od 'więc') zgodnie z powyższym, trzeba będzie potrenować kilka czarów, i skillów. Poza tym... aha, miałem zmałpować Dawida - też mam nowy samochód, znaczy rodzina moja, fajny jest - czarny, jaram się - szczególnie systemem audio. To tyle. Black Milk - jest szefem - będzie w Polsce, nie wiem czy dam radę, chyba będę musiał się zachwycać "Tronicem" w domu, a szkoda, bo niektóre tracki na żywca pewnie urywałyby głowę, jak np. to... Fajna rzecz - tak samo jak Hektagon, Purple Penguin, czy Salem których pokatuję w najbliższą audycję (10.10). Psychoza sięga zenitu Moi Drodzy (gdzie jest krzyż? na okładce Salem... ha-ha-ha). Do następnego, idę się napić...
sobota, 02 października 2010
![]() Na rzecz bardziej syntetycznych rzeczy porzuciłem na jakiś czas klimatu takie jak ten. Szkoda, bo juz nie cieszę się tak mocno jak np. czytam, że Devin nagrywa coś nowego, albo że Detox coraz bliżej...(nie no, na to akurat czekam). Ale tego człowieka zawsze warto obserwować. Dam-Funk jest szefem, robi space g-funk i to jest to! Mamy klip do "Hood Pass Intact" - fajny słoneczny obrazek, w którym MR.Funk próbuje pokazać jaki jest to on jest "hood". Nawet gruba laska na ławce nie przeszkadza - fajny, sympatyczny obrazek, to się ceni. Swoją drogą, jak to jest, że facet siada za klawiszem, mikrofonem - gra i śpiewa i niszczy? Damn, to jest to , podziwiam Hawthorne'a, Dam-Funk'a właśnie, czy chociażby D'Angelo, którego pierwsza płyta dotarła do mnie z mocnym poślizgiem (yo, żałuję!) - piękna sprawa. Enjoy.
czwartek, 30 września 2010
Witam. To jest grupa Salem. To co tworzą nazwałbym dirty-electro-dub-south-deep-orchestral-atmosferic-bassline-stepem. Może mają państwo jakieś pytania w związku z tym? O widzę, Pani - piękna, drobna brunetka (mój numer jest na odwrocie folderu) w drugim rzędzie. Proszę, śmiało. „Ekhm, więc no… czy to nie jest po prostu dubstep?” Droga Pani (umówimy się?) nie otóż nie jest to dubstep – brzmi to zdecydowanie tak, jakby (wyprzedzając Pani kolejne pytanie) Burial, spotkał chłopaków z 65dayofastatic, i po drodze szturchnął łokciem o producentów z brudnego południa – niech mi Pani powie, tak dla przykładu – skąd te werble w utworze „Frost”? Czy to nie przyspieszone patenty z południa? No właśnie. Tak myślałem. Kolejne pytanie proszę. „Więc no, depresyjne i psychotyczne to strasznie…” To nie pytanie, to stwierdzenie – z którym oczywiście jako przedstawiciel grupy musze się zgodzić – a teraz zaboli. Soundtrack do paranoi w Twojej głowie mała – boisz się tego, ale jednocześnie wiadomo, że to jest na swoim miejscu – Salem tworzą atmosferę niepokoju, zagubienia, psychozy – dubstep to tylko punkt wyjścia – słuchając „King Night” odczuwasz tęsknotę za dobrymi czasami, jak przy trackach Buriala. Tylko, że go mniej grzeczne. „A może to zbyt syntetyczne…?” Możliwe, ale elektronika jest dla wybranych, futuryzm na tym krążku, krzyżuje się z brudem zakurzonych płyt – mamy to samo to np. Metaform chciał uzyskać na swoim „Electric Mist” – tylko, że to jasna (mówię o Metaformie), jaśniejsza strona muzyki. Drodzy Państwo, musicie wiedzieć, że orkiestrowe synthy są na swoim miejscu, budują całą otoczkę, atmosferę. Piękne to , przy tytułowym „King Night” odpływam, a podczas słuchania „Asia” ciężko odczytać niby linie melodyj, ale to i tak nie burzy klimatu. „A okładka? Po co ten krzyż?” Na początku też mnie to trochę zniesmaczyło, ale chodzi Droga Pani o muzykę. A tej nie boję się słuchać, mało tego jej chore piękno mnie urzeka. „Totems Flare” ma godnego kolegę na półce.
To już koniec na dziś. A Panią zapraszam do siebie… |